Szał szmat

mihauMam taki lekko niemęski nawyk, że lubię dobrze się ubrać. No nic na to nie poradzę, ale zwracam uwagę na estetykę stroju, trochę się modą interesuję, więc buszując po odzieżówkach czuję się przeszczęśliwy i przynajmniej raz w miesiącu muszę na takie zakupy się wybrać, żeby poszerzyć swoją garderobę. Jednak często oferta sieciówek dostępnych w Polsce jest dla mnie niezadowalająca, albo ceny są po prostu nie na moją kieszeń. Co wtedy robię? Przyznaję się bez bicia – wybieram się do mistycznego miejsca, w którym można znaleźć wszystkie skarby tego świata, ale jest kurewsko nieprzewidywalne i diabelsko niebezpieczne – ciuchlandu.

fot. wiadomości.onet.pl

fot. wiadomości.onet.pl

Ciocholand, Lumpeks, Szmatex, Szmatland, czy też światowo – Second-hand, to alternatywne nazwy dla miejsca, w którym znaleźć możemy wszystko to co nasi zachodni sąsiedzi wrzucają do kontenerów z odzieżą, przekonani o tym, że robią dobry uczynek ubierając jakiegoś małego, nagiego murzynka w Afryce, a w rzeczywistości ich wyświechtany ciuch staje się przedmiotem wieszakowej walki, której finałem jest uzyskanie przez niego drugiego życia, a znając polską mentalność – pewnie też trzeciego i czwartego.

Dziś postanowiłem wybrać się do najpopularniejszego ciuchlandu w moim rodzinnym miasteczku. Miejsce to owiane jest już legendą i ochrzczone zostało przez społeczność wieloma górnolotnymi nazwami nawiązującymi do znanych marek i obiektów, takich jak np. „Galeria mody”, „Złote tarasy”, a nawet „Londyn”. Nie był to mój pierwszy raz, bywałem tam już wcześniej, ale było to dość dawno temu i z racji tego, że nie interesują mnie koszulki polo z 20 centymetrowym logiem Nike i gustuję w ubraniach, które nie wpadają w oko kierowcom BMW – nie miałem okazji być tam w dzień dostawy, czyli wtedy, kiedy można upolować ponoć najlepsze fanty. Człowiek żyje tylko raz, więc czemu nie? – pomyślałem. Będzie fajnie – pomyślałem…

Pierwszym zaskoczeniem był dla mnie widok tłumu w środku. Spodziewałem się tłoku, ale kurwa nie aż takiego. Ciuchland powierzchnią zbliżony jest do znanych supermarketów typu Biedronka, czy Lidl, ale w tych najmniejszych, centrowo-miejskich wersjach. Na oko jakieś 300 mkw. Wewnątrz było jakieś 1500 osób (choć mogę zaniżać, słaby jestem w liczeniu). Ludzie w różnym wieku od paromiesięcznych malców w wózkach (które świetnie służą do torowania sobie drogi ku ważniejszym od zdrowia dziecka szmatom) po naprawdę stare babki ciągnące za sobą respirator. Kolejną rzeczą jaką zauważyłem, a raczej poczułem, był wszechobecny smród. Połączenie jakiegoś środka odkażającego wszystkie te ciuchy, kwaśnego potu i na wpół strawionej kiełbasy z postśniadaniowych beknięć klienteli buszującej między wieszakami. Całe szczęście, że poranny chłód zmusił mnie do założenia lekkiego szalika, który słabo, ale jednak trochę pomógł. Równocześnie ze mną weszła kobieta w średnim wieku, którą upokorzyłem przepuszczając ją w drzwiach (pozdro feministki ;*). Dobra – pomyślałem – trzeba działać szybko, znaleźć dział męski i może jeszcze uda mi się wygrzebać coś interesującego – nie dokończyłem myśli, kiedy owa kobieta migneła mi przed oczami dźwigając już trzy kosze pełne ubrań. Ok, plan z szybkością mogę sobie podarować. Postanowiłem chociaż spróbować odnaleźć dział męski. Taktyka znana ze sklepów odzieżowych w galeriach handlowych, która polega na odnalezieniu skupiska mężczyzn nie ma tu racji bytu, bo ci ludzie rzucają się na ubrania bez względu na rozmiar, kolor czy płciowe przeznaczenie. Uratowała mnie kobieta zdejmująca z wieszaka marynarkę, parę metrów dalej. Bez namysłu ruszyłem w jej kierunku. Po drodze wpadła na mnie niezliczona ilość osób, łokcie i kanty koszyków uderzały mnie wszędzie gdzie się da, musiałem przeskakiwać przez torby i przyczajone w przykucu odpowiedniki hien zbierające z ziemi wszystko co wypadnie innym. Moje kolana zostały obite, a krocze zgwałcone przez ich głowy, ale w końcu udało mi się dotrzeć na miejsce. Nie zabawiłem tam jednak długo, bo trafiłem na falę tłumu przemieszczającego się na inny dział, więc po chwili, lewitując ściśnięty przez hordę rozszalałych ciucharzy (serio, moje stopy w pewnym momencie przestały dotykać ziemi) znalazłem się na drugim końcu obiektu. Tu było nieco spokojniej, bo był to dział z odzieżą letnią. Obok kobiety urządziły sobie przebieralnię. Panie 50+ przechadzały się w samej bieliźnie od wieszaka do wieszaka, próbując dobrać odpowiedni rozmiar. Miejsce idealne dla zboczeńców. Tych naprawdę chorych. Uciekłem wzrokiem jak najdalej. Znalazłem długi stojak ze sportowymi rzeczami. Z ciekawości zdjąłem jeden t-shirt z wieszaka. Była to zwykła, biała koszulka adidasa, jednak ktoś za mocno nadział ją na wieszak co zaowocowało sporą dziurą na rękawku. Spoglądam na cenę – 16 zł. Kurwa. Przekonany byłem, że ciuchlandowe ceny oscylują w granicach 1-5 zł, a tu proszę, kilkunastokrotnie więcej i to za podarty t-shirt! Pojebało kogoś. Nagle poczułem szarpnięcie i adidasik zniknął z moich rąk. – Ja pierwsza ją zobaczyłam! – wykrzyknęła mi w twarz kobieta z niezamierzonym fioletem na tapirowanych włosach. – W porządku, spokojnie. Ale tam jest dziura – uprzedziłem ją o wadliwości przedmiotu. – A tam dziura, kupimy naszyweczkę najka i będzie i adidasik i najek – to mówiła już nie do mnie, a do swojego nastoletniego synka, którego wiadomość ucieszyła tak bardzo, że uśmiechnął się na tyle szeroko by zaprezentować całe swoje uzębienie. Gdyby je tylko miał. Ale pomysł z naszywkami oryginalny. Taki double swag. Spryciule jedne.

Jeśli jestem już przy cenach – zauważyłem kosz z filmami na DVD. Kto mnie zna ten wie, że je kolekcjonuje, więc ucieszyłem się jak proboszcz w nabór ministrantów i zacząłem je przeglądać. Znalazłem „Adwokata Diabła” z naklejoną ceną „1£ for 2″, czyli, że w jakimś angielskim sklepie z używanymi filmami, ktoś kupił tę i jeszcze jedną płytę za funta. Taniocha, biorę – pomyślałem. Po drodze zawinąłem jeszcze sweter za 21 zł (był ładny i w niezłym stanie, więc opylało się choć z ciężkim sercem) i postanowiłem skończyć z tą męczarnią na dziś, więc udałem się do kasy. Tam przy jednej z kasjerek trwała zażarta licytacja kto da więcej za spodnie, więc wybrałem najdłuższą kolejkę, ale sprawnie się poruszającą. Kiedy zbierało mnie już na omdlenie od smrodu, wrzasku i obrażeń, w końcu przyszła moja kolej na rozliczenie. Okazało się, że za film muszę zapłacić 8 zł. CO KURWA?! Pokazuje jej, że jest tam naklejka, która świadczy o tym, że film już był używany i sprzedany taniej, ale nic z tego. – Chce pan taniej to proszę przyjść we wtorek, wtedy za złotówkę se pan kupi – poinformowała mnie i chuj. Zrezygnowałem z filmu i sięgnąłem do portfela po pieniądze za sweter. – Oooo dziura jest. To w takim razie 7,50 zł może być? – zapytała. – Yyy… tak – odpowiedziałem. Nie spodziewałem się takiej miłej obniżki. Tym bardziej, że jej powód, czyli owa dziura, była wycięciem w rękawie, w który wkłada się palec. Cóż, ciężko jest nadążyć za trendami.

Wychodząc byłem pełny siniaków i przemyśleń. Nie dziwi mnie, że ludzie kupują używane ubrania – to normalne i praktykowane na całym świecie. Problem w tym, kto to robi, w jaki sposób i na jaka skalę. Widząc ludzi rzucających się i depczących po sobie w drodze po przeceniane produkty w sklepach, czy wyrywanie sobie ubrań z rąk w ciuchlandzie, byłem przekonany, że wszystko to wina złodziei z Wiejskiej, którzy nas okradają, ludzie są biedni i jakoś muszą sobie radzić. Dzisiaj mój pogląd się drastycznie zmienił. Ci ludzie wcale nie są biedni i potrzebujący. Biedny, bezrobotny (bo podejrzewam, że nie mają pracy skoro walczą o szmaciane zdobycze od 8 do 17 w każdy dzień powszedni) człowiek nie kupuje 30 skórzanych pasków, tylko dlatego, że są „po usiem złoty”, nie wkładają do koszyka 15 par spodni, bez względu na rozmiar, bo tanie. Z resztą, nad tą taniością można śmiało dyskutować. Bluzy czy swetry za 15-25 zł, buty zaczynają się od 30. Ciągle jest to przynajmniej połowa ceny ze sklepowych półek, ale nie zapominajmy, że są to ubrania używane, niekiedy nawet bardzo.

O co więc tak naprawdę chodzi, jeśli wcale nie jest tak tanio, a ludzie nie są na tyle potrzebujący by kupować aż tyle? Myślę, że odpowiedź jest zaskakująco prosta. Tu w grę wchodzą pierwotne instynkty. Ci ludzie uwielbiają walczyć, rywalizować. Jest to ich rozrywka, w większości przypadków nawet nałóg. Od jakiegoś czasu naszym sportem narodowym stało się „oszczędzanie”, które w rzeczywistości jest przepierdalaniem pieniędzy na totalnie niepotrzebne śmieci. Bo tanie. Napis „Promocja” działa na przeciętnego polaka jak „Otwarcie przedszkola” na Trynkiewicza. Ludzie gotowi są rzucić wszystko, byle tylko zdobyć coś po okazyjnej cenie, nie ważne czy tego potrzebują czy nie.

Mnie ciuchland do siebie zniechęcił na jakiś czas. Nie samą ideą, bo ona jest wspaniała (polecam wybrać się do sklepów z odzieżą używaną w innym kraju – różnica niesamowita. Klasa i kultura), ale tym co zrobił z niej nasz naród. Zazdroszczę tylko tym paniom co segregują towar 😦

A jak jest z wami? Chodzicie do ciuchlandów?

Reklamy

About Michał Gaca

Własny pogląd na Cudze sprawy.

Posted on Październik 1, 2014, in Felietony, O wszystkim i o niczym and tagged , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. 5 komentarzy.

  1. Osobiście nie chodzę, ale pare razy byłem ze znajomą i sprzedała mi patent.
    Jak zerwiesz „metkę” z ceną, to dostaniesz wycenę przy kasie z bardzo często dużą obniżką. Jednak działa to w obie strony więc orient.
    Brakuje mi porównania do szarańczy no, ale dobry wpis.
    Pozdrówki Michaś.

  2. Sorry ‚wojti’ ale nie rozumiem „zerwac metke i jest taniej”. Zawsze jest taniej jesli wiesz czego szukasz. Moje doswiadczenie z „lumpexami” zaczelo sie jak urodzilam drugie dziecko. Byl poczatek XXI w. a w sklepach tylko spioszki i marnej jakosci body. W second hand’ach moglam kupic ciuchy z next’a, HM, i wielu innych miejszych firm ktore wygladale noralnie. Po paru miesiacach gdy moj syn wyrosl z ubran postanowilam wysawic je na allegro. Bylam mile zaskoczona, bo sprzedalam ciuchy za calkiem dobra cene. Okazalo sie ze moge kupowac ciuchy w lupexie (i przy okazji ubierac cala rodzine za darmo) i moglam byc niezalezna pomimo „siedzenia w domu”. Jak „masz leb na karku”……

  3. Myślę, że nie trzeba jechać aż do innego kraju, żeby zobaczyć jak inne ciuchlandy działają. Często wybieram się na szmaty w Warszawie i tutaj nie dość, że ciuchy kosztują 120zł (!) za kilo w dzień dostawy, to panie pracujące pomagają Ci dobierać stylizację i odnoszą za Ciebie ubrania. I nie trzeba z nikim walczyć… Powiem szczerze: brakuje mi tych zazdrosnych spojrzeń. Tych kobiet, które potrafią przyjebać butem w twarz za to, że zajmiesz ich miejscówkę przy koszu z adidasami. Tych mądrych porad wieloletnich gospodyń, które znają się na modzie nie od dziś. Tutaj jest nawet przebieralnia… A co do samych ubrań, są tak zajebiste, że ludziom nawet nie przychodzi do głowy, że z ciuchlandu i nie pytają „Ile dałas?”. Zostaję więc ze zdobyczą sama i nikt nie wie, że ta piękna kurtka jest efektem polowania. Nikogo to nie obchodzi 😦

  4. 16zł za koszulkę? Dziś poszłam do jednego z SH i co? Bluzka mgiełka, praktycznie nic nie ważąca szmatka za 25zł 😦 BOSKO! Jeśli chodzi o tłumy, w większości szmateksów w dzień dostawy można poczuć się jak na otwarciu nowego supermarketu. Tłumy, huk i walka o towar. Nie tak dawno byłam świadkiem jak pracownik sklepu niósł wór z butami. Facet nie zdążył nawet wysypać ich do kosza, bo rozszalałe handlary rzuciły się na niego i rozdarły ten wór… Patologia… Przez takie właśnie „akcje” coraz rzadziej odwiedzam lumpeksy… Wolę poszukać czegoś w internecie. Ostatnio znalazłam nawet kilka internetowych szmateksów (!) m.in. gabciuch.pl – ceny spoko i sporo markowych ciuchów. Więc ja od siebie polecam, już jedną paczkę dostałam i co mnie zdziwiło – ciuchy nie śierdziały lumpeksem!

Walnij komcia!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Pokolenie Ikea

Cześć. Jestem Piotr C. Jestem blogerem, pisarzem i opowiadam historie.

KULTURĄ W PŁOT

To nie jest blog dla głupich ludzi

%d blogerów lubi to: